w sobotę…

… pomyślałam dłużej nie dam tak rady. Po prostu nie dam.

Zaraz powiecie, że już nie raz to pisałam.

Po tygodniu ciszy weszłam na stronę:

  • operatora i zmieniłam numer telefonu
  • administratora i zamówiłam zmianę kodu do domofonu
  • wyciągnęłam klucz spod wycieraczki.

To rozwiązuje problem z telefonami „nie wiadomo po co” od psychopaty i kolegi ze szkoły. Rozwiązuje również problem żołnierza choć nie do końca. Duży wysiłek będzie po mojej stronie, aby nie napisać, nie zadzwonić z nowego numeru. Tak, tak, to tez już było. Wiem.

Znalazłam przepiękny wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Ach, to nie było war­te
by sny tym kar­mić upar­te

by sta­wiać du­szę na kar­tę
ach to nie było war­te.

Ach, to nie było war­te
by no­sić łzy nie otar­te

i by mieć ser­ce wy­dar­te
to wca­le nie było war­te…

Photo by Pixabay on Pexels.com

Pamiętacie…

… żołnierza? Hmm.. tak sie porobiło, że od soboty dużo robimy wszystkiego razem.

I coś nie daje mi spokoju. Wczoraj jak filip z konopii wyskoczył z tym, że mnie kocha. Pierwszy raz zignorowałam, drugi raz udałam, że nie słyszę. W końcu prosto z mostu prosto w twarz wali takim tekstem.

A ja, ja no cóż nie byłam bym sobą gdybym nie powiedziała: „to dobrze?„.

Dlaczego akurat teraz, dlaczego ja i co ma to na celu?

Nie wiem.

Photo by Olya Kobruseva on Pexels.com

Sabotowanie

samej siebie wychodzi mi równie źle jak sabotowanie innych. Plan był prosty, pójść na egzamin z francuskiego i nie zdać, żeby mieć pretekst do rezygnacji. Nie udało się 82% na 70% wymaganych. Mimo odmowy uczenia się liczebników, akcentów i robienia czegokolwiek poza lekcjami.

Kiedy znasz już jakiś język, to kolejne wchodzą jakoś łatwiej. Nawet mimo tego, że francuski jest totalnie pokręcony, a dysonas pomiędzy tym co jest napisane a co wypowiedziane jest ogromny.

PS. zapomniałam Wam napisać, że wysokczył z tekstem „dwa tygodnie temu wyprowadziłem się z domu, mieszkam u kumpla” – uśmiałam się, chyba nie tego spodziewał.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Sodomia

i Gomoria…

28 minut od SMS-a do dzwonka do drzwi – wyrwal z roboty, w pełnym umundurowaniu.

Ot, ciekawostka.

Photo by Peter Fazekas on Pexels.com

O?!

Sapkowski, Ostatnie życzenie.

Kto by pomyślał. Wiedźmin i Yennefer. Pasuje idealnie.

Tęsknie. Dziś bardziej niż zwykle.

I tak

Ta opowieść dobiegła końca.

Skasowałam mu w telefonie swój numer, historie whatsaapa, smsy, nieodebrane i odebrane połączenia.

Mam nadzieje ze nie wygoogluje jak to odtworzyć.

Siedzę…

… naga na łóżku. Popijam whisky z cola, aby zagłuszyć myślenie.

Pończochy samonośne i szpilki. Banał.

No cóż jeżeli mu to pomaga, niech ma.

Kradzione chwile. Czekam…

Wczorajszy…

… dzień był cudowny. Bawiliśmy się w dom. I było niezwykle. Najcudowniejsze są proste rzeczy. Wspólne przygotowywanie posiłku, montowanie szafki, gra w scrable. Trudno było się rozstać.

Kiedy podałam mu zapasowego pilota go garażu, chwilę popatrzył a potem wziął.

I tyle. Od dziś wakacje u mnie Tata, Ciotka i Średnia.

Ja chcę do pracy, ja chcę do pracy, wyjść z tego więźnia.

Miłość.

W czasach zarazy. No dobra, nie miłość, seks.

Do końca miesiąca poprzednie mieszkanie jest wolne więc mamy sie gdzie spotykać. A, że jedno uwięzione w domu, drugie w jednostce, to udaje się to całkiem często.

Co będzie później… ???

Hmm…

Kara.

Zwykle jakaś się pojawia, za grzechy. Z grzech rozwiązłości zwłaszcza. Przytargał mi zapalenie pęcherza. I jeszcze się kłóci, że to nie on. Święty Mikołaj pewnie albo raczej Zajączek, wielkanocny.

Nie mogę się doczekac poniedziałku. Najemca opuści stare-nowe mieszkanie i będę mogla zacząć się przeprowadzać. Wziełam jeszcze kilka dni urlopu. Nie dlatego, że potrzebne – a raczej dlatego, żeby znaleźć czas na delektowanie się sytuacją.

Ogłoszenie na to mieszkanie już wystawione. Nawet się nie spodziewalam takiej kwoty. Pośredniczka mowi, ze 2300 powinno sie udać. Super, bedzie na utrzymanie tamtego mieszkania i jeszcze na paliwo styknie.

Nie mogę się doczekać…

Nie mogę się doczekać…

Plan…

… był taki, że Iza miała zabrać wczoraj mój telefon a ja dziś miałam pojechać po niego po wytzreźwieniu. Jednak. Jednak półtora wina później… telefon został. Jak tylko wyszły poszedł jeden sms, 14 minut później stał pod drzwiami.

I tyle z misternego planu i tygodni ciszy.

Siedzę teraz tu z bananem na twarzy. Wiem, że źle zrobiłam natomiast banan wie swoje. I nie odpuszcza.

Miej odrobinę…

wiary we mnie. Trzeci tydzień ciszy. W głowie ruletka. Póki co obstawiam czarne. Co jeśli wypadnie czerwone? Wytrwam? Oby.

When the road gets dark
And you can no longer see
Just let my love throw a spark
And have a little faith in me

And when the tears you cry
Are all you can believe
Just give these loving arms a try


And have a little faith in me
AndHave a little faith in me
Have a little faith in me
Have a little faith in me

When your secret heart
Cannot speak so easily
Come here darlin’
From a whisper start
To have a little faith in me

And when your back’s against the wall
Just turn around and you will see
I will catch, I will catch your fall baby
Just have a little faith in meHave a little faith in me


Have a little faith in me
Have a little faith in me
Have a little faith in me

Wytrwaj.

Błagam cię, wytrwaj. Zmień temat, myśl na inny. To nie tęsknota, to nie boli. Weź ksiązkę poczytaj, idź spać, pograj, upij się, weź procha na spanie, ale wytrwaj. Po prostu wytrwaj.

Legion.

Wkręciłam się, porąbane zdrowo, jednak oglądam. W międzyczasie zaliczyłam Ragnarok, krótki serial. Skandynawska produkcja, nordyckie mity, wszystko co lubię w jednym.

Wczoraj, jakimś cudem, zebrałam się w sobie i pojechałam na jogę. Jutro pewnie będę ryczeć od zakwasów. Dziś jednak czuję się nieźle.

Mimo, że to już kilka tygodni jak wróciłam do leków nadal kiepsko śpię. Jednak mineły bóle głowy i dreszcze. Swoją drogą w ubiegłym roku o tej samej porze roku mniej więcej zrobiłam to samo. I po co tym razem? Jeżeli poprzednio już doszłam do tego, że to beznadziejny pomysł był?

I po co…

I po co…

Ławiej być samą, łatwiej się izolować.

A propos izolacji, w końcu, po szczeniacku zablokowałam whatsapp i numer telefonu. Wciąż przekonywałam sama siebie, że nie moge tego zrobić, bo jego numer na zawsze pozostanie w moim, natomiast prawda była taka, że czekałam.

Dość.

Lepiej wcale niż byle jak.

Lepiej wcale niż byle jak.

Tak trudno zastosować się do własnej rady. Bardzo trudno.

Telenowela.

Trwa nadal, trwała, trwa, sama nie wiem.

Wytrzymałam długo, bardzo długo od 20 grudnia. Nie pisałam, nie dzwoniłam, nie odbierałam, nie odpisywałam. A potem były urodziny, dwie lampki wina i w końcu odpisałam.

W niedzielę wyrwał się pracy i przyjechał na chwilę. Na herbatę.

Wyłuszczyłam o co mi chodzi. Że lubię go i owszem, nawet bardzo. Natomiast nie mamy czasu się spotykać, więc trzymanie mnie na smyczy nie ma sensu. A zatem prośba moja wielka, aby skasował mój numer teraz właśnie przy mnie i żeby więcej się nie odzywał. Kiedy po 32 pytaniach Czy jestem pewna? odpowiadałam wciąż to samo stwierdził, że ok, że to dla niego nie problem. Bo on faktycznie nie ma na mnie czasu. No, bo przecież od września nowa praca, żona, córki, kochanka, kolejne dziecko kochanki w drodze, kumple.

Nie, zdecydowanie nie ma czasu dla mnie i to dla niego nie problem.

Spróbował jeszcze perswazji fizycznej, nie działało – nadal nie znaczyło nie. Wymyślał jeszcze jak to Ja szybko wymięknę i kiedy do niego napiszę, a on wtedy będzie miał ubaw… a i że nie może skasować mojego numeru, bo wtedy nie pozna, że to ja piszę, jak już do niego napiszę. Obiecałam, że się podpiszę – jednak numeru nadal nie usunął.

W końcu poszedł. Zamknęłam drzwi na klucz ostatkiem silnej woli.

3 minuty później

On: Twarda jesteś
Ona: Nie jestem
On: Jesteś

5 minut później

On: A pożyczysz mi rzutnik na dwa tygodnie

I tyle jeśli chodzi o nie bycie w kontakcie i zdjęcie smyczy.

Photo by Catherine Sheila on Pexels.com

13-11.2019, efekt motyla.

Zatrzepotał, gdzieś w bezmiarze internetu. Skutek, spotkanie, rozmowa, niezbyt miła, skutki nieprzewidywalne.

Zostałam z głowa pełną szalonych myśli, żalem, smutkiem, cierpieniem. uroniłam kilka łez siedząc w aucie, czym wzbudziłam powszechne zainteresowanie współużytkowników drogi. Co dalej? Nie wiem. Zapewne nic. Rozsądnie byłoby gdyby było nic.

Jeszcze tydzień do wakacji. Na odreagowanie kupiłam zestaw do snurkowania, chciałam jeszcze bikini (tak nadal nie mam), ale nie było niczego co nie zakrawałoby na pornografię.

W najgorszym wypadku kupię coś na miejscu. Pewnie będzie zatrzęsienie. A jescze krem z fltrem by się przydał.

4-11.2019, i jakoś.

Zadziwiająco dobrze się mam. Zrozumienie przynosi spokój. Zrozumienie łagodzi ból. Nawet pozwoliłam sobie nie pójść na cmentarz razem z całym spędem. Byłam rano z bratową rozstawić co trzeba, wystarczy. I tak chodziłam tylko z poczucia winy przez ostatnie 4 lata. Już nie będę, tak jak nie robiłam tego wcześniej, To święto jest dla katolików, ja nią nie jestem.

Niespodziewanie przyjechała mamy siostra z mężem, młodszą córką jej mężem i synem, zrobiła się grubsza impreza. Było fajnie.

Co do żołnierza, no cóż myślę o nim, jednak nie ma bólu, jest tylko żal. Tęsknota za ciepłem drugiego ciała, zapachem skóry, wspólnym posiłkiem. Nie za nim, za kimś.

29-10.2019, tik-tak, łup-łup.

Poszukiwanie pracy, bieganie z rozmowy kwalifikacyjnej na kolejną, zaległe zabiegi kosmetyczne, wizyty u lekarza. Wypełniam czas jak mogę, aby tylko nie myśleć o sobotnich wydarzeniach.

Nie pomaga. W każdej luźniejszej chwili czuję jak wali mi serce, szum w głowie nie pozwala się skupić na niczym dłużej niż kilka minut. Najgorzej jest w momencie kiedy uświadamiam sobie, że już nigdy go nie zobaczę. Nigdy. Po prostu nigdy.

Nigdy.

Chciałabym zapłakać. Nie umiem.

Może w piątek nawalę się z bratową i jak jej będę opowiadać tę telenowelę to coś puści.

27-10.2019, apogeum.

Już po pierwszym smsie wiedziałam, że chce przyjechać i wiedziałam, że ulegnę. Uległam.

To uczucie kiedy o drugiej w nocy, mówi Ci, że w sierpniu zrobił kolejne nieślubne dziecko swojej poprzedniej kochance.

B E Z C E N N E.

Nagle znika wszystko. Zimnym tonem prosisz, żeby się jak najszybciej ubrał i wyszedł.

On: „Wiedziałem, że mnie znienawidzisz.”

Ja: „Żartujesz? Musiałbyś być dla mnie ważny, żebym wykrzesała aż tyle uczucia”

To pewnie jeszcze faza szoku, że nie boli.

25-10.2019, czy…

Czy tydzień ciszy po obu stronach oznacza koniec? Mam nadzieję. Syndrom odstawienia daje się we znaki. Mocno. Wytrzymam, Wytrzymam. Rozum, nie instynkt, stanowi o człowieczeństwie. Phi, byłabym doskonałym stoikiem ;).

Dziś jeszcze jadę do pracy postawić pożegnalne ciacho, o 20.00 pożegnalne piwko. Od jutra nowe życie. Jakoś tak skumulowane końce, znowu?

I jeszcze w sobotę dwa kolokwia, w niedzielę jedno, po co mi to… a tak, nie siedzę w domu i nie rozpaczam. Zajęcie dla głowy, łatwiejsze funkcjonowanie, mniej myśli o końcach i ostatecznych rozwiązaniach.

Tak trudno pamiętać o zasadzie „do ludzi, do ludzi”.

22-10.2019, wiedźma.

Twardo od piątku się nie odzywam, on zresztą też. Zainstalowałam sobie wczoraj konto na Badoo. Co mi tam, kocham udowadniać sobie, że nie ma amatora na tego potwora.

Jakoś przypadkiem wpadł mi w oko facet z mojego rodzinnego miasta. Pogadaliśmy, umówiliśmy się na czwartek na kawę. Pomyślałam, skoro mam urlop, to zadzwonię do przyjaciółki z podstawówki, pojade wcześniej i ją odwiedzę.

Wspomniałam o randce, wymieniłam imię i wiek. A ona.. a wiesz jest taki małomiasteczkowy tulipan, który naciąga laski na kasę. Koleżankę z pracy tak porobił…. roześmialam się, no co ty takie przypadki się nie zdarzają.

Nie?

Wysłałam Ewie zdjęcie. W odpowiedzi przychodzi wiesz to zdjęcie jest u mojej znajomej w domu. Daj chwilę, sprawdzę co i jak.

Po 20 minutach dzwoni. Wiesz to on…

Miało być tak pięknie. Wyszło jak zawsze. Pies na psycholi. Suka raczej. I jak się przekonać do kolejnej próby?

Mam nadzieję kobiety, że ja wyrabiam normę za Was wszystkie. A Wam przypadają te lepsze kąski.

21-10.2019, ja pierdolę…

W piątek na odchodne rzucił, że może byśmy zamieszkali razem, a potem nie odezwał się przez cały weekend.

Wystraszył się? Powiedział coś, czego nie chciał? Rzucił to jako ochłap, po tym jak zaproponowałam, abyśmy się definitywnie rozstali? Ja pierdolę, o co chodzi?

Jak można zostawić kogoś, po takim tekście, samego na tak długi czas z szalejącymi myślami?

15-10.2019, wtorek.

Przyjechał wczoraj. Nawet nie zauważył (albo ściemnia), że przez te wszystkie dni był zablokowany. Niepokojąco dużo mówimy o zamieszkaniu razem. Oboje próbujemy z tym skończyć, obojgu się nie udaje. Pozostaje się cieszyć kradzionymi chwilami. Skupić się na tu i teraz. A co jutro? Dowiem sie jutro.

11-10.2019, piątek.

Znalazłam wczoraj archiwum starego bloga. 2011, kiedy to było? W innym zyciu, inna ja, inny wszechświat.

Jutro pierwszy dzień szkoły. Nareszcie. Zajmę głowę czymś co może sie przydać.

Nie dzwonię, nie piszę. Z przerażeniem zauważam, że on też. Czyżby prawdziwy koniec?

Ulga, przerażenie, radość, smutek, poczucie beznadziei, przegranej.

27-09-2019, piątek.

Wczoraj wydarzyły się dwie rzeczy, a w zasadzie całe mnóstwo. Ale po kolei.

  • Po pierwsze: Caffe napisała „w sylwestra będziesz sama otwierać szampana”
  • Po drugie zadzwonił telefon i nikt się nie odezwał z drugiej strony.

Poprosiłam o spotkanie, zdenerwowało mnie drugie i pierwsze nieco też. W drodze z pracy spotkaliśmy się na kawę w MCD jak handlarze susbtancji psychoaktywnych.

Im dłużej żartował ze mnie, z mojej pranaoi, im bardziej bagatelizował sytuację i kazał mi wyluzować, tym mniej mówiłam ja, tym bardziej rósł wkurw.

W końcu wziełam kluczyki ze stołu, spojrzałam mu w oczy i poprosiłam o zakończenie tej historii.

A dziś pojechałam na terapię, jednak o tym jutro, dziś już nie mam siły…

26-09-2019, czwartek.

Jak co roku o tej porze roku byłam ba weekendowym wyjeździe z koleżankami. w tym roku Edynburg. Piękne miasto.

Od miesiąca próbowałam zakończyć „relację” z żonatym facetem. Od czasu jak dowiedziałam się, że jest żonaty coraz silniejsze poczucie bezsensu tego co robię, przytałaczało mnie bardzo. Nie odzywałam się ani telefonicznie, ani komunikatorowo. W końcu silna jestem, kto jak nie ja.

Do czasu.

W sobotę w Edynburgu trochę z koleżankami popróbowałyśmy whisky, więc coś tam odpisałam w międzyczasie. Pogadaliśmy rano. Potem poszłyśmy na spacer. Od czasu do czasu wysłałam jakąś fotuszkę. W miedzyczasie się wkurzyłam, że rozmowa się nie klei. Ja wciąż żartowałam, a z tamtej storny przebijała złość. Napisałam „bez odbioru, rozmowa się nie spina, do później”.

W końcu uciekłam z wycieczki, wróciłam do apartamentu, żeby odespać bezsenną noc, po wyjściu z wanny rzuciałam coś w stylu.

JA: jeśli uda nam się spotkać w tym tygodniu to zabierz te swoje filmiki…

ON: jakie filmiki?

JA: nie pamiętasz…

ON: nie rozumiem…

JA: aaaa to z kim ja rozmawiam, z Tobą, Twoją żoną, kolegą, czy WSI?

ON(w zasadzie ONA): z żoną…

Chciała ze mną porozmawiać, porozmawiałyśmy. Okazało się, że wiele rzeczy, które powiedział były prawdą. Że nie jest im dobrze ze sobą, że z nim nie sypia, że kogoś ma.

Ja napisałam, że może być na mnie zła, jednak to nie ja jestem odpowiedzialna za ich związek, jestem tylko przypadkowym przechodniem, to nie jest jego pierwsza i zapewne nie ostatnia zdrada.

Napisała, że to ją nie nteresuje, natomiast chce żebyśmy stosowali się do nastepujących reguł:

  1. nie chce wiedzieć, gdzie kiedy i jak to robimy
  2. K. ma wracać zawsze na noc do domu
  3. żadnych dzieci.

Poczucie absurdu sięgneło zenitu. Pomyślałam, matko w jakim świecie ja żyję… i po co mi takie przygody. Odpisałam, że o zasadach musi porozmawiać z mężem, nie ze mną. Ja od tego momentu przestaję się z nim komunikować.

Do dziś nie umiem zdecydować, czy nie rozmawiałm przypadkiem z nimi obojgiem. Zgodnie z założeniem nie skontaktowam się. Natomiast we wtorek on przyjechał w nocy i próbował udawać, że nic nie wie o tym.

I wiecie co? Został do rana. Lubię rywalizować.

13-08-2019, wtorek.

Pomógł mi dziś wymienić akumulator w motorze. Gdzieś pomiędzy tyradą na temat innych kierowców, sytuacji politycznej w kraju i na świecie jakieś 6 razy rzucił, że nie moglibyśmy razem mieszkać, bo:

  1. mamy zbyt odmienne poglądy (czytaj pieprzoną feministką jestem)
  2. nie martwią mnie rzeczy, na które nie mam wpływu (czytaj polityka)
  3. nie oglądam telewizji
  4. nie mam misji zbawiania świata i jego naprawiania (tak jakbym to ja go popsuła)
  5. mamy zbyt podobne (czytaj radykalne, spolaryzowane, a nie prawicowe) charaktery
  6. śmiem tłumaczyć zachowania ludzi nie ich ogólnym debilizmem a sytuacją (jeszcze mu nie sprzedałam co to podstawowy błąd atrybucji)

I jakkolwiek wszystkie argumenty były z dupy, to częstotliwość powracania tematu w trakcie półtorej godziny była zadziwiająca.

Co ja na to? No cóż tutaj się nie zmieści, to mieszkanie zaprojektowane dla jednej osoby, stare mieszkanie do końca grudnia jest wynajęte. A zatem… ja na to nic. Gdzieś pomiędzy niedowierzaniem, strachem, poczuciem bycia w pułapce, która się zamyka, radością, motylami w brzuchu (a nie to kac z piątku był) zastanawiam się skąd ten temat się w ogóle wziął?

Sobota.

Dni mijają, są tak podobne do siebie, że nie sposób zapamiętać, co robiło się tydzień temu. Odliczam sekundy między spotkaniami. Zaczyna mi zależeć. To niedobrze? To dobrze? Będzie płacz. Jest żonaty. I mam to gdzieś. Nie jestem jego pierwszą, nie jedyną i nie ostatnią, z która zdradza żonę, chłopaka i drugą kochankę. To są moje chwile. Pasuje mi to. Póki co. Że któregoś dnia będę płakać z tego powodu? Zaryzykuję. Lepsze piętnaście minut radości, niż unikanie ze strachu przed potencjalną porażką.

23 lipca 2019, środa.

Chyba zacznę książkę pisać. O tym jak wybieram, kogo przyciągam, co mi się przydarza.

Już był psychopata, teraz bi. Co jeszcze może mi się przydarzyć, no co?

2019-06-26, wtorek.

Ostatnie kilka tygodni mineło jak sen. Dobry sen. Dobrze jest czasami się połudzić. A potem ktoś lub coś pozbawia mnie tych załudzeń. Stawia mnie do pionu. Ściąga do rzeczywistości. Nie najgorszej rzeczywistości a jednak nie tak dobrej jak właśnie przerwany sen.

Przypowieść pierwsza. Kilka tygodni temu odezwał się do mnie mój ulubiony psychopata. O fajnie. Pomyślałam. Popisaliśmy, pogadaliśmy, a potem gdzieś pomiędzy „a może pożyczyłabyśmi 40 tysięcy”. Tak głośno i tak długo to się dawno nie smiałam. Śmiech przez łzy. Koniec snu.

Przypowieść druga. Krynica to było wszystko na co nas było stać. Było uroczo, romantycznie, jednak co się wydarza w Krynicy tam też pozostaje. Tutaj jest rzeczywistość.

A jednak, ta jebana nadzieja gdzieś tam się tli. I wciąż szepcze „jeszcze nie jest za poźno, znajdziesz go albo on ciebie, daj sobie szansę”. A ja się tylko, stojąc twardo na ziemi w rzeczywistym świecie, pytam „jak?”.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: