Mała Pierdoła…

… ma się znacznie lepiej. Powrócił błysk w oku, chęć na spacery, pieszczotki i zabawę. Co prawda musimy się z nią obchodzić jak z babunią: jedna tabletka na czczo, 2 x dziennie inna przy jedzeniu, dietetyczna karma i żadnego tłuszczu, ale jest lepiej i najważniejsze, że kuracja przynosi efekty.

Pozdrawiamy Was gorąco!

Mały update ;).

zdjęcie

Dzieci z chmur.

dzc

Wpadła mi dziś w ręce ta książka. Siedziałam u fryzjera i roniłam krokodyle łzy, których, mimo wszelkich starań, nie dało się powstrzymać.

Z oczywistych względów wybrałam wątek Beaty. Justyno przepraszam Cię, ale nie poświęciłam Tobie zbyt wiele czasu.

Beata pięknie i jasno ubrała w słowa, to co kłębiło/kłębi mi się w głowie od lat. I myślę, że potrafiła wyrazić, to Lewkonio, dlaczego tak wiele lat to trwało.

(…) doceniałam życie, pragnęłam się realizować. Spełniać jako kobieta, żona i matka. Jako córka, która potrafi obdarować rodziców wnukami, i jako synowa, która może tym ucieszyć teściów. Dość było wokół mnie pseudomatek skrzętnie planujących dziecko między karierą a menopauzą, drżących z lęku przed rozstępami. A ja chciałam otyłości i rozstępów, chciałam opuchniętych nóg, porannych wymiotów, a wreszcie pogryzionych sutków. Chciałam znosić pokornie ból i wszystko, co jest pisane prawdziwej kobiecie!

W tamtym czasie moja szwagierka urodziła drugie dziecko. Wcześniej kolejne dziecko po długiej przerwie urodziła dawna dziewczyna mojego Marka. Nie wspomnę o wszystkich koleżankach w moim wieku, które były matkami. Nie potrafiłam egzystować w takim otoczeniu. Brakowało mi tlenu.

A jednak ufałam, że zdarzy się cud. Taka wiara pojawia się nawet w najtrudniejszych momentach. Wierzyłam za każdym razem, kiedy kupowałam test ciążowy w aptece, a potem biegłam do toalety, gnana pewnością, że marzenia się spełniają, jeśli tylko wystarczająco mocno czegoś pragniesz.(…)

(…)Przeraża mnie panująca obecnie „moda na dzieci”. Promują i podsycają ją wszystkie pisma kobiece. Obserwuję też wysyp programów telewizyjnych skierowanych do przyszłych i obecnych matek. Trwa rywalizacja, której przedmiotem są marki wózków, nosidełek i akcesoriów dziecięcych – istny festiwal dla firm mających w swojej nazwie „dziecko” lub wyraz bliskoznaczny.

Bawi mnie nieustająca w mediach propaganda mówiąca, jak to łatwo połączyć karierę z wychowywaniem dziecka. Organizacyjnie i czasowo wszystko da się zrobić! Wystarczy dobra współpraca z dziadkami, nianiami i przedszkolami, a wasz szkrab nie zazna głodu i nie będzie chodził brudny. Dzieci to jednak nie psy, koty ani miniaturowe króliczki, które wystarczy nakarmić i napoić. To mali ludzie, którzy właśnie nawiązują więzi i uczą się świata. To wyjątkowe istoty, łaknące naszej obecności, przytulenia. W swoich małych główkach wskazują autorytety i czerpią wzorce ze znanej sobie rzeczywistości. Decydując się na dziecko, oddajesz dużą część siebie, idziesz na kompromisy, dokonujesz wyborów, które do tej pory nie były wygodne, ale teraz wydają się przyjemne. Nie da się równomiernie rozłożyć zaangażowania w wychowanie dziecka i w tak zwaną karierę. Zawsze jedno ucierpi.

Posiadam wielki skarb. To jedyny skarb i bogactwo, którym chciałabym się chwalić, a nie dzielić. Największym prezentem od życia jest człowiek, który został moim mężem. Czasami zastanawiałam się, czy nie wyczerpałam limitu szczęścia. Może Bank Niebios udzielił mi zbyt wielkiego kredytu i obawia się, że nie zdołam go spłacić z wszystkimi odsetkami. Ograniczył mi wydatki, zmienił plany… Istnieje też druga wersja: Bank Niebios obdarzył mnie kredytem zaufania. Liczył, że nie sprzeniewierzę majątku, lecz go pomnożę. Ta wersja bardziej mi odpowiada.

Jestem JEGO drugą połówką. Zdrową, trzydziestodwuletnią kobietą. Mój mąż nie może mieć dzieci. Przez dwa lata obserwowałam, co się dzieje z mężczyzną, który powoli popada w depresję z tego powodu. Obserwowałam, jak tłumi zmartwienia i oddaje się bez reszty sprawom zawodowym, a co najgorsze – nie chce rozmawiać. Szuka sposobów na zagłuszenie wewnętrznego krzyku: TO MOJA WINA! Sposoby są różne. Głównie praca i relaksujący weekend. Ale weekend jest krótki. Trudno mi było w tym czasie czemukolwiek zaradzić czy cokolwiek zmienić. Przecież sama także potrzebowałam wsparcia.

Dawałam Markowi wiele sygnałów świadczących o tym, że nadal go kocham. Ale widocznie nie dość przekonujących. Wcześniej często rozmawialiśmy o tym, że będziemy razem na dobre i złe. Nawet jak stracę ręce i nogi, będzie mnie kochał i przy mnie trwał.

I pewnie gdyby nie nasza miłość, wszystko skończyłoby się inaczej.

Przyjaciółka powiedziała mi, co myślą jej starsze siostry. Ich zdaniem powinnam zajść w ciążę z kimś innym. Że też nie wpadłam na taki prosty pomysł! Rozwiązanie w zasięgu ręki, a ja go nie widzę! Również członkowie najbliższej rodziny byli zdania, że inna kobieta na moim miejscu nie zrezygnowałaby z macierzyństwa i zmieniła partnera.

Pozostawię to bez komentarza.

(…) Najtrudniej jest robić dobrą minę do złej gry i cieszyć się cudzym szczęściem. Szczególnie tą jedną jedyną radością, na której ci najbardziej zależy, a która właśnie tobie się nie trafia. Spotyka za to innych, choć może jej nie oczekują i nie cenią tak mocno. Bardzo się starałam nikomu nie zatruć tego szczęścia. Starałam się być dobra. Niestety, nie potrafiłam. Nie umiałam z uśmiechem patrzeć na cudze dzieci. Unikałam spotkań z młodymi matkami i kobietami w ciąży. Nienawidziłam ich. To była moja forma obrony, jedyna, na jaką było mnie stać. Szamotałam się między depresją a euforią, euforią a depresją, i tak w kółko. Przekładaniec ze skrajnych emocji. Dziękuję Ci, Marku, że to przetrwałeś.

Chciałam być matką i stworzyć prawdziwą, pełną rodzinę. Ludzie często sądzą, że małżeństwo bez dzieci to nie rodzina. W oczach innych uchodziliśmy z Markiem za wygodnych, nastawionych konsumpcyjnie. Czasem chyba brano nas za potwory. Bolały mnie pytania i komentarze. Gdziekolwiek się ruszysz, wszyscy w końcu zagadną cię o dzieci. Zastanawiam się, czy robią to celowo, aby zranić? Czy wynika to po prostu z braku empatii lub niedostatku inteligencji? Tylko dlaczego ci sami ludzie nie opowiadają dowcipów o łysych, kiedy w ich gronie siedzi ktoś bez włosów? Czemu się nie śmieją z grubych, kiedy ktoś z ich rodziny walczy z nadwagą? Czy przyjemnie jeść posiłek w towarzystwie głodnego? (…) Tymczasem moja awersja do dzieci i kobiet w ciąży nasilała się, budząc we mnie przerażenie. Za nic w świecie nie chciałam jej ujawnić. Omijałam kołyski i wózki z kamienną twarzą, łkając w środku niczym wytrawna brzuchopłaczka. W granicach wyznaczonych przez moje ciało kulił się słaby, wątły psychicznie i rozchwiany emocjonalnie niespełniony człowiek. Broniłam się przed okazywaniem uczuć, bo jeszcze wtedy myślałam, że nie wszyscy zasługują na prawdę. (…)

Później mą Beaty zachorował na raka, walczyli i końcu napisała tak:

(…) Kiedy zmagaliśmy się z chorobą Marka, dowiedziałam się o sobie więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Zrozumiałam, co jest w życiu istotne. To trochę tak, jakby dokonały się w głowie i sercu generalne porządki. Zrozumiałam, że najważniejszą dla mnie osobą jest mąż. Zrobiłabym i oddała wszystko, by był zdrowy. (…)

(…) Tak, właśnie tak – wspólnie z mężem podjęliśmy decyzję o adopcji. Nie potrafię powiedzieć, kiedy moja ukochana druga połowa dojrzała do tej myśli. Zmiany w hierarchii wartości w dużej mierze przypisuję chorobie męża. Po pozytywnie zakończonej terapii zauważyłam u niego ogromną potrzebę cieszenia się życiem i wykorzystywania każdej chwili. Teraźniejszość stała się ważniejsza od przyszłości. Cieszył mnie jego entuzjazm. Marek pozbył się lęków, które towarzyszyły mu dotychczas. Ulotniły się obawy o możliwość zaciągnięcia kredytu (co nie oznacza, że stał się nierozważny). Nie przejmował się banalnymi, codziennymi trudnościami. Pogodnie reagował na chamstwo kierowców i niewykwalifikowanych urzędników. Nabrał też zdrowego dystansu do pracy zawodowej.

Szkoda, że dopiero wtedy, gdy świat nam się wywraca do góry nogami, na przykład przez poważną chorobę, przestajemy przywiązywać wagę do konwenansów i spraw materialnych, a zaczynamy doceniać smak życia z jego nieodłącznymi kłopotami, ale też przyjemnościami, takimi jak poranna kawa na tarasie, spacer po trawie mokrej od rosy, entuzjazm psa przy powitaniu, zapach gotującego się bigosu w zimowe popołudnie, zakładanie jeszcze ciepłej, wyprasowanej przez żonę koszuli…

Człowiek szybko wypiera z pamięci złe chwile. My ich nie zapominamy, dlatego czasem w alkowie naszej chałupki śmiejemy się z tych, którzy bez opamiętania uganiają się za rzeczami materialnymi, zaniedbując bliskich.

Pewnego pięknego dnia spojrzeliśmy sobie w oczy, uśmiechnęliśmy się i zobaczyliśmy jeszcze bardziej jednoczący nas cel. Machina ruszyła. (..)

I to tyle chciałam Wam pokazać, i znowu ryczę i wcale nie jest mi od tego ryczenia lepiej. Przereklamowana sprawa. To chyba mój najdłuższy wpis od 2005 roku ;), szkoda, że słowa nie moje…

 

Uziemiona…

… w poczekalni. Czekam na wyniki badania krwi. Pani doktor boi sie, ze mam stan przedzawalowy. A ja wiem, ze nie. To tylko stres, to tylko stres… Przecież, każdy w mojej sytuacji nieco zestresowal.

20130425-150614.jpg

Pozew…

… dopiero jak się to przeczyta, człowiek sobie uświadamia w jak toksycznej materii tkwi:

Początkowo małżeństwo układało się dobrze, jednakże w trakcie trwania związku małżeńskiego relacje między małżonkami ulegały stopniowemu pogorszeniu.

Z powodu różnicy w światopoglądzie stron, odmiennych priorytetów i niemożnością porozumienia się co do sposobu życia i przyszłości rodziny nastąpiło oddalenie się stron od siebie a w konsekwencji nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia.

Poglądy stron w wielu życiowych sprawach różnią się od siebie tak dalece, że nie jest możliwe osiągnięcie porozumienia.

Strony mają przede wszystkim rozbieżne wyobrażenie na temat rodziny. Powódka bardzo pragnęła i pragnie mieć dzieci, natomiast pozwany nie odwzajemnia tego uczucia, o czym świadczy fakt, że strony pomimo trwania w małżeństwie od ponad 12 lat nie posiadają dzieci. Mimo licznie podejmowanych prób dojścia do porozumienia w tej kwestii i dążenia do zmiany takiego stanu rzeczy, kończyły się one fiaskiem. Na tym tle dochodziło pomiędzy stronami do częstych konfliktów i nieporozumień. Powódka czuje się osamotniona i nieszczęśliwa nie znajdując oparcia w pozwanym, jej życie wydaje się puste i bezcelowe.

Strony oddaliły się od siebie uczuciowo także z powodu częstych  nieobecności pozwanego w domu. Pozwany bowiem od 2008r. rozpoczął pracę w xxxxxx, zatem strony widywały się jedynie w niektóre weekendy w miesiącu. Pozwany nadto cały swój wolny czas poświęcał i poświęca pracy.

Taki stan rzeczy niewątpliwie wpłynął negatywnie na wzajemne relacje pomiędzy stronami, co skutkowało oddaleniem się stron od siebie zarówno w sferze uczuciowej jak i fizycznej, a następnie zerwaniem także więzi gospodarczej. Pożycie między małżonkami ustało całkowicie. Brak jest zatem  między nimi więzi uczuciowych, emocjonalnych i fizycznych.

Mimo że strony nadal zamieszkują w tym samym mieszkaniu, jednakże każde z nich prowadzi oddzielne gospodarstwo domowe, pomijając fakt, że pozwany bardzo rzadko przebywa we wspólnym mieszkaniu stron, bowiem aktualnie pracuje także poza stałym miejscem zamieszkania.

Pomiędzy stronami nasiliła się niezgodność charakterów, która spowodowała brak jakiegokolwiek partnerstwa między małżonkami, co powoduje konflikty i nieporozumienia. Strony żyją obok siebie, a nie ze sobą. Ponadto strony mają odmienne podejście do życia, nie mają żadnych wspólnych zainteresowań czy pasji, nie spędzają wspólnie wolnego czasu.

W tych warunkach miedzy stronami nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia małżeńskiego. Utrzymywanie, zatem tego związku jest zupełnie bezcelowe i nie leży ani w interesie stron ani interesie społecznym.

Powódka nie widzi już możliwości powrotu do wspólnego życia z pozwanym, tym bardziej, że strony już nic nie łączy, brak jest jakichkolwiek więzi pomiędzy nimi.

Łatwo nie będzie…

… ale podobno wyjdziemy z tego.

„Wątroba powiększona  o zaokrąglonych brzegach płatów ALT (GPT)  229,8 norma (0-60)”

Leczenie trochę potrwa, ale łez mam nie ronić i wyluzować nieco.

O wizycie w poradni nic Wam nie napiszę, bo sama nie wiem co o tym myśleć. Ale nie jestem dobrej myśli.

Po ostatnim sterydzie…

… Mała Pierdoła zaczęła więdnąć. Nie chce się bawić, ucieka przed innymi psami, po 4 siku i kupie tuż za rogiem kończy się i jest nakaz powrotu do domu. o 2:30 w nocy prosi o wyjście. Bardzo dużo pije i jest jakby pękata w strefie żebrowej brzuszka. Jutro jedziemy po pomoc po pomocy. Mam nadzieję, że nie okaże się, że to jednak ten domniemany rak wątroby.

IMG_0739.JPG (2)

Adwokatka…

… robi swoje, parkieciarz swoje, projekt łazienki zrobiony, czekam na wycenę.

A ja? A my? Umówiliśmy się na wtorek do poradni małżeńskiej. Będąc pewnymi, że to nic nie da, ale żeby z drugiej strony mieć poczucie, że wyczerpaliśmy wszystkie opcje…

Powinnam…

… przelać dzisiaj 900 tytułem opłaty sądowej za wniesienie pozwu. Ręka drży, serce łomoce… znikąd wsparcia, znikąd ratunku.

Deski na…

… podłogę zamówione. Parkieciarz umówiony. Łazienkę i resztę zrobię jak się przeprowadzę. W przyszły weekend załatwią sprawę. Zrobię sobie wannę, jak na mojej pierwszej kawalerce.

Najbardziej bolesna jest sprawa psa. Wciąż się jeszcze biję z myślami, czy jej nie zabrać. Ale jak sobie pomyślę, że całe dnie będzie sama, to mi jej żal.

I jeszcze piosenka. Jakoś dziwnie na temat, choć za nią nie przepadam…

A teraz idziemy do adwokata. Akty notarialne, dowody rejestracyjne, wszystko przygotowane.

Poczekaj jeszcze…

… Zrób sobie tam remont. Wymień panele (których nie znosisz) na podłogę, wyremontuj łazienkę. Żebyś miała fajnie.

Bo jesteś pewna, że dobrze robimy? Przecież ja Cię kocham. Ja Ciebie też Misiu, ale to za mało. Nie wychodzi nam życie pod jednym dachem. Nie chcę zacząć Cię nienawidzić. No, ale spróbujmy jeszcze raz. Próbowaliśmy już, nie wychodzi. Przez dwa dni będzie dobrze, przestaniemy ze sobą rozmawiać, żeby nie prowokować. O tym marzysz? Takie życie Cię satysfakcjonuje? Dla mnie to za mało, nie potrafię tak. Dobrze o tym wiesz. Ale ja uważam, że byliśmy dobrym małżeństwem. Zgadzam się, też tak myślę, ale jak sam powiedziałeś byliśmy

W szafach…

… powoli robi się pusto. Codziennie coś pakuję i przewożę w nowe miejsce. W weekend będzie już koniec.

Na jednym…

… ze spotkań w ośrodku adopcyjnym Pani psycholog zapytała mnie co jest moją największą porażką w życiu. Wtedy nie umiałam nic wymyślić, nigdy nie umiałam. Ale wczoraj mnie olśniło. Już wiem.

Największą porażką w moim życiu jest to, że żyję.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: