28-02.2011, nie jestem…

>

… z siebie dumna. Zwolniłam dziś dwie osoby w mieście o strukturalnym bezrobociu. Wbrew pozorom ja przeżywam to bardziej niż one.

25-02.2011, ciała malowanie.

>Byłam dziś pierwszy raz na natryskowym opalaniu. Wzięłam wersję ekspres, to znaczy taką, po której już w trzy godziny można się wykąpać. I powiem Wam, że generalnie jestem zadowolona z efektu. Samo natryskiwanie niezbyt przyjemne, ponieważ pomieszczenie chłodne, natryskiwany płyn zimny, a człowiek stoi jak po wyjściu z łona matki. Nagi i się trzęsie.

24-02.2011, w sobotę…

>

… bal charytatywny dla szkoły dziecka mojej koleżanki (heh). Tym razem bez przebierania. Dlatego szukam szpilek. Wiem już na pewno, że nie ma ich w Warszawie, nie ma w sypialni ani w garderobie. Została jeszcze piwnica. Jak się nie znajdą teraz, to znajdą się przy przeprowadzce albo zostały gdzieś kiedyś w jakimś hotelu po jakiejś imprezie. Zdarza mi się. Dość często.
Photo by Pixabay on Pexels.com

22-02.2011, pewna niedogodność.

>

Życie poza korporacją ma swoje niewątpliwe atuty, ale ma też pewne wady. Od czasu rozstania mam problem z niektórymi elementami życia. Nigdy nie wiem gdzie są buty na obcasie, czy już czas do kosmetyczki czy jeszcze wytrzymam, gdzie są maskary, pudry i takie tam pierdoły, które normalnie w codziennym życiu się nie przydają, a w korporacji urastają do rangi być albo nie być…

 

korporacja2

>o zemście.

>

Czytałam nie raz o zwierzakach dokonujących aktu destrukcji w zemście za samotność. Dziś tego doświadczyłam. Moja córka jak wszystko co robi i zemsty dokonała z fantazją…

>wydaje się…

>

… że pakować czas się zacząć. Jeszcze kilka kartonów w piwnicy stoi nierozpakowanych od przeprowadzki tutaj. Szczęśliwie. Choć mam niejasne wrażenie, że tam nie ma nic potrzebnego i można by je wyrzucić. W końcu przez prawie rok nikt do nich nie zajrzał.

>…

>

Czuję się chorobowo, zimno mi, dreszcze, coś kręci w nosie… przyjęłam Theraflu prewenecyjnie, ale mam wrażenie, że tym razem się nie obronię. Za oknem ziąb, śnieg i zimnota wszechogarniająca. Brrrr…. aż mi się płakać chce na myśl o wyjściu.

>czekam na klienta.

>Przymuszona do bezczynności czekaniem miotam się sprzątając(sic!). Już za chwilę mają tutaj zawitać klienci na dom. To już drudzy, w sobotę byli pierwsi… złapali nas wychodzących z domu na bal w Kołobrzegu. Pan Mąż jeszcze w Warszawie, negocjuje cenę na mieszkanie, o którym pisałam wczoraj…

>niespodzianki.

>

Są różne, duże i małe, przyjemne i nieprzyjemne. Lubicie je? Ja raczej lubię, tym bardziej, że te przykre zazwyczaj nie omijały. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ już jutro Pan Mąż wróci do domu. A to dopiero miła niespodzianka :).
Wybraliśmy warszawskie mieszkanie w końcu. Często tak jest, że różnymi drogami dochodzimy do tego samego celu. Tak było z tym mieszkaniem, Każde z nas znalazło to mieszkanie po swojemu. Ma niestety jeden poważny mankament. Będzie gotowe dopiero za rok. Ale chyba damy radę. W końcu pierwsze dwa lata mieszkaliśmy w kawalerce 32m2, więc chyba w tych 52 metrach, które mamy teraz chyba się nie pozabijamy.
Wydaje mi się, że warto na nie poczekać. Dlaczego? Sami zobaczcie. 

>nie szyć, nie prać…

>

Mama zawsze mówiła: w Walentego nie można szyć ani prać, choć do dziś nie wiem dlaczego. 
Kilkanaście lat temu Pan Mąż poprosił moich rodziców o moją rękę w świętego Walentego. Dziś nawet nie pamiętam ile lat temu. Bo po co? Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…

>moja samotność.

>

Pamiętacie tekst Dżemu „samotność to taka straszna trwoga…” generalnie mnie on nie dotyczy. Lubię być sama. Żyć własnym rytmem, robić wszystko po swojemu. Zosia-Samosia. Nawet w najbardziej zimowy wieczór z wichurą za oknem, zamiecią i zawiejką śnieżną, ja cały czas myślę sobie – lubię być sama.
Do dnia takiego jak dziś… do dnia po oddaniu pożyczonych dzieci. Dom przez kilka dni żyje, a potem nagle zalega martwa cisza.
No nic, nie pierwszy to raz i nie ostatni, a mnie zajęć dziś czeka sporo. Po pierwsze do teatru wypożyczyć jakieś storoje na jutrzejszy bal karnawałowy, po drugie fryzjer, kosmetyczka i takie tam, w międzyczasie spotkanie z projektantem i ekipą od mieszkania, no i trzeba coś dziś ugotować. Pan Mąż wraca do domu ;).

>zamieszanie.

>

Kilka dni z moimi bratanicami wywraca dom do góry nogami. Łyżwy, Teatr Animacji, spotkania z koleżankami z dzieciństwa i ich dziećmi, pieczenie pizzy. Ogłupiała Mała Pierdoła nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Zwłaszcza, że w naszym łóżku zamiast oazy spokoju, znajdowała dwa szkodniki. Przed chwilą wróciłam do domu sama. Takiej radości dawno nie widziałam ;). Jednego się tylko nie spodziewała, że zakaz kanapowy utrzyma się w mocy.

>wydział komunikacji.

>

Większości z nas pobyt w wydziale komunikacji własnego miasta kojarzy się raczej z traumatycznym przeżyciem niż czymś przyjemnym. Muszę Was zdziwić w moim mieście wszystko odbywa się ekspresowo i przyjemnie. Po pierwsze w internecie rezerwuję sobie odpowiedni dla mnie termin, ściągam ze strony wszystkie wymagane formularze, wypełniam i jadę. I już po 20 minutach wychodzę szczęśliwa dzierżąc w dłoni komplet tablic. Ehhhh gdyby wszystko tak załatwiać ;).
Mała Pierdoła dostała drugą cieczkę już po 4 miesiącach. Wystraszyłam się, myślałam, że to ropomacicze czy jak to się nazywa… Na szczęście to tylko (raczej aż!) cieczka. Ostatnia w jej życiu, Jak tylko się skończy umawiamy się na zabieg. Wszyscy twierdzą, że tak lepiej. A ja jakoś nie mogę tego w pełni zaakceptować. Jedyna nadzieja, że trochę temperament jej przygaśnie. Po kilku dniach spędzonych u moich rodziców jest nie do okiełznania.

>krystalizacja.

>

Przeprowadzka się krystalizuje, poprzez kupowanie działki (i budowanie domu przez półtora roku) po wybór fajnego mieszkania w centrum. Wariantów mnóstwo, a klienta na dom póki co nie widać. Zły czas na takie fanaberie. Ale będzie dobrze, zawsze jest :). Myślę, że zamieszkamy gdzieś w okolicy ulicy Pięknej. Mieszkanie jest w stanie deweloperskim, więc pewnie z pół roku nam zajmie perturbacja z kredytem i remontem. Ale widać światełko, to najważniejsze ;). A i żeby nie było, że rzucam słowa na wiatr a kocham bez konsekwencji. Jako, że zakochałam się w nowym aucie, jutro je odbieram od pana dealera. Mam nadzieję, że beżowa tapicerka to nie był życiowy błąd ;).

>po góralsku.

>Nie mogę spać. A zatem kilka słów. Od kilku dni jestem w Ochotnicy Górnej. Przepiękne, urokliwe miejsce. Cisza spokój, dawno zapomniana sielskość lat dziecinnych.

 

Dzisiaj odwiedziłyśmy Stary Sącz. Małe miasteczko z małym klasztorem klarysek. Pięknie odrestaurowanym dzięki środkom z Unii i dzięki kanonizacji św. Kingi.



>już myślałam.

>

Że wszystko jest poukładane, wiadomo co i jak, z kim i za ile. Niestety. W moim przypadku jakiekolwiek planowanie w okresie dłuższym niż dwa tygodnie mija się z celem. Zawsze wydarza się coś co zmienia wszystko. 
Przeprowadzka do Warszawy staje się faktem.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: